Wywiady

Fakty i mity o pracy polskiego lekarza w USA

Myślałeś kiedyś o emigracji? Posłuchaj mojej rozmowy z Polką, Aldoną Ziółkowską, która od 24 lat pracuje w zawodzie lekarza w Stanach Zjednoczonych. Przeczytaj i dowiedz się, jakie są blaski i cienie pracy polskiego lekarza na emigracji.
Zanim zadam Ci pytania, opowiedz trochę o sobie i o swoich początkach na emigracji.

Studia medyczne skończyłam w Szczecinie. W Ameryce nostryfikowałam dyplom. Trwało to dosyć długo, bo egzaminy nie są łatwe i dużo czasu zajmuje przygotowanie się do nich. Największym wyzwaniem było dla mnie zdobycie informacji: gdzie i w jakim terminie załatwia się wszystkie formalności. Wówczas nie można było jeszcze tego sprawdzić w internecie. Post factum okazało się, że egzaminy mogłam zdawać w Warszawie, o czym wcześniej nie wiedziałam. Teraz już takich problemów nie ma, bo dostęp do informacji jest bardzo łatwy. 

Początkowo mieszkałam w Nowym Jorku i pracowałam tam jako rezydent. Robiłam specjalizację z interny. Kiedyś obcokrajowcom było trudniej dostać się na pożądane specjalizacje zabiegowe. Chirurgia czy dermatologia były i są nadal bardziej dochodowe i mniej dostępne. 

Po 5 latach pracy na internie rozpoczęłam specjalizację z reumatologii. Od 20 lat mieszkam i pracuję w Północnej Karolinie. Jestem reumatologiem, ostatnio moim miejscem pracy jest głównie przychodnia. Czasami konsultuję pacjentów w szpitalu, dzieje się tak wówczas, gdy mają problem reumatologiczny. 

Jak to się stało, że z Nowego Jorku trafiłaś do Północnej Karoliny?

Po rezydenturze szukałam pracy w różnych stanach. Mój kolega z akademika – kardiolog znalazł pracę w Północnej Karolinie. Akurat potrzebowali również internisty, więc przyjechałam tu razem ze swoją rodziną.

Potem dojechał do nas trzeci kolega lekarz. Jesteśmy tutaj w trójkę z jednego akademika. Dzwonimy do siebie, omawiamy wspólnych pacjentów. Przy okazji mówimy oczywiście, że musimy się spotkać. Na deklaracjach zwykle się kończy, bo obecnie spotykamy się bardzo rzadko.

Wygląda więc na to, że po latach wasze więzy trochę się rozluźniły. Twój brat jest lekarzem praktykującym w Polsce. Jakie są różnice pomiędzy pracą lekarza w Polsce i USA?

Wiedzę mamy podobną. Różnice wynikają z naszych specjalizacji. Wydaje mi się, że leczenie jest łatwiejsze w Ameryce. Mam tu na myśli mniejsze ograniczenia, jeżeli chodzi o diagnostykę. Dostęp do badań jest dużo łatwiejszy. Poza tym tutaj lekarze muszą stosować się do mierników jakości i są z tego rozliczani.

Co to konkretnie znaczy?

W każdej specjalizacji znaczy co innego. Sięgnijmy po przykład. Wszyscy pacjenci powyżej 65. roku życia powinni być zaszczepieni na zapalenie płuc. W systemie jest widoczne, ilu pacjentów przypisanych do danego lekarza podstawowej opieki zdrowotnej nie jest zaszczepionych. Jeżeli pacjentów niezaszczepionych jest więcej niż powinno, to jest to wina lekarza. 

W przypadku specjalizacji zabiegowych porównuje się ilość powikłań, które wystąpiły u pacjentów operowanych przez danego lekarza. System sprawdza, ilu pacjentów po wymianie stawu kolanowego miało powikłania. Jeżeli pacjenci operowani przez jednego ortopedę mają więcej powikłań niż pacjenci innego ortopedy, to źle świadczy o lekarzu. 

Jesteśmy rozliczani z powikłań, ze wszystkiego. Z tego, że u pacjenta, który ma zdiagnozowaną dnę moczanową, nie spada poziom kwasu moczowego. Z tego, że pacjent, który choruje na nadciśnienie, ciągle ma wysokie ciśnienie. Nie jest ważne, czy pacjent bierze leki. W Ameryce nikt nie jest za siebie odpowiedzialny.

Jeżeli pacjent wraca do szpitala przed upływem 30 dni z tym samym problemem, z powodu którego był leczony, to ubezpieczyciel nie chce za takiego pacjenta zapłacić. 

W Polsce nie monitoruje się powikłań w leczeniu przeprowadzanym przez poszczególnych lekarzy. Nie sporządza się statystyk.

Jacy są Twoi pacjenci? W Polsce panuje stereotyp roszczeniowego amerykańskiego pacjenta. 

Tak, pacjenci są roszczeniowi, a ponadto na medycynie „znają się lepiej” niż lekarze. Jednak jest to już chyba ogólnoświatowy trend, bo obecnie każdy pacjent w pierwszej kolejności zwraca się do doktora Google’a. 

Podam Ci przykład: pacjent przychodzi do przychodni z gośćcem stawowym. Ma spuchnięte palce, stwierdzony czynnik pozytywny na gościec. Ordynuję mu lek dedykowany na gościec. Lek nie pomaga i pacjent po kilku dniach pisze do mnie sms: Może powinnaś zrobić mi testy. Pisze następnie, jakie testy, według niego, powinnam zlecić, ale testy, których on żąda nie mają nic wspólnego z gośćcem!

Skoro pacjenci są roszczeniowi, to jak wygląda amerykański formularz świadomej zgody pacjenta, który ma zabezpieczać lekarza przed nieuzasadnionymi roszczeniami? 

Ja nie mam do czynienia z formularzami zgody. Wykonuję pacjentowi zabieg, np. aspirację płynu stawowego, po otrzymaniu od niego tylko ustnej zgody. Wpisuję do dokumentacji medycznej, że poinformowałam pacjenta o rodzaju zabiegu, o ewentualnych powikłaniach i zaznaczam, że pacjent wyraził zgodę na proponowane leczenie. Kiedy podaję leki dostawowo, to również pacjent zgadza się tylko ustnie. Inni specjaliści, chirurdzy czy ginekolodzy, odbierają pisemną zgodę.

O! To mnie zaskoczyłaś. Myślałam, że opowiesz o sławnej informed consent (świadomej zgodzie), która liczy co najmniej 10 stron. 

Serio? (śmiech) Nie przesadzajmy, aż tyle stron?

Zadam Ci intymne pytanie. Jakie masz relacje ze swoimi pacjentami?

Relacje są skomplikowane… (śmiech)

A tak na serio, to od około 8-10 lat funkcjonują u nas ankiety, które wypełniają pacjenci. Po wizycie co któryś pacjent otrzymuje ankietę i odpowiada na 10 do 20 pytań. Przy każdym pytaniu przyznaje od 0-5 punktów. W ankiecie pacjenci pytani są o to, czy musieli przed wizytą czekać, jeśli tak, czy lekarz za to przeprosił, czy był uprzejmy, czy objaśnił objawy, czy udzielił informacji odnośnie leków.

Na początku oceniano mnie niżej niż innych lekarzy. Byłam na ostatnich miejscach w punktacji. My, Polacy, jesteśmy mniej wylewni niż lekarze amerykańscy. Z biegiem lat poprawiła się moja punktacja i mam teraz 38% na 100. 

Pracuje u nas lekarz, który dodatkowo prowadzi szkolenia z komunikacji interpersonalnej. Zaprosiłam go, żeby zobaczył, jak przyjmuję pacjentów i powiedział, co robię źle. Zaobserwował, że nie przerywam pacjentom, że rozmawiam z nimi o ich rodzinie. To wszystko było na plus.

Masz czas, żeby rozmawiać z pacjentem o rodzinie?

Tak, na nowego pacjenta mam przeznaczone 30 minut, a na stałego 15 minut. 

Lekarz, który jest ekspertem od komunikacji, powiedział, że używam zbyt mało słów i nie tłumaczę pacjentowi, co będę robić krok po kroku. To były moje największe „grzechy”, jeżeli chodzi o postępowanie z pacjentami. 

Musiałam nauczyć się innego zachowania. Jednak nie pytam pacjenta, czy jest jeszcze coś, co mogę dla niego zrobić, bo chciałabym dostać z ankiety maksymalną liczbę punktów. Jak kupuję samochód, to sprzedawca pyta mnie, czy może coś jeszcze dla mnie zrobić, bo chciałby dostać z ankiety same piątki. Nie jestem sprzedawcą samochodu, nie będę prosić pacjentów o punkty. Trzeba mieć swoją dumę. 

A Ty jak oceniasz sposób swojej komunikacji z pacjentami?

Dla niektórych pacjentów jestem za szorstka. Mój szef, podczas specjalizacji z reumatologii, mówił, że to jest szorstkość kobiet ze wschodniej Europy. Przez lata musiałam się nauczyć rozmawiać delikatnie. Te niuanse są bardziej odczuwalne na południu Stanów. Kiedy pracowałam w Nowym Jorku, było inaczej, ludzie nie byli aż tak wrażliwi.

Może wtedy nie było ankiet?

Nie było. W Ameryce mamy consumer driven economy (rynek konsumenta). Pacjent ma zawsze rację. Nigdy nie kłócimy się z pacjentem, nie sprzeczamy. Mówimy najwyżej, żeby poszedł do innego lekarza. Amerykańscy lekarze są bardzo uprzejmi w stosunku do pacjentów i ich rodzin. Kiedy moja mama przebywała w polskim szpitalu, na oddziale neurologicznym, lekarka zwróciła się do mojego ojca ze słowami: To pan jest splątany. Gdyby ta sytuacja miała miejsce w Ameryce, lekarka zostałaby ukarana.

Ukarana …? Jaka byłaby to kara? 

Szpital, w którym doszłoby do takiego incydentu, odebrałby lekarzowi przywilej praktykowania. Lekarz dostałby co najmniej upomnienie bądź nałożone zostałyby na niego inne ograniczenia. My jesteśmy bardzo zdyscyplinowani, nie pozwalamy sobie na takie zachowania. 

Czy punktacja od pacjentów wpływa na Twoje wynagrodzenie?

Kiedyś cząstka premii mogła być przyznana w zależności od tego, jak pacjenci wypowiedzieli się w ankietach na temat lekarza. Było to około tysiąc dolarów. Zostało to zniesione, nie ma już kar za brak zadowolenia pacjentów.

Czy przychodnia to Twoje jedyne miejsce pracy? U nas lekarze pracują często w kilku miejscach. W Polsce przeprowadzono badania, z których wynika, że większość ankietowanych lekarzy chciałaby pracować w jednym miejscu. Jednak warunkiem byłaby płaca na odpowiednim poziomie. 

Jestem zatrudniona tylko w jednej korporacji. Pracuję natomiast w przychodni i mam pod telefonem dyżury w szpitalu. Takie specjalizacje jak chirurgia czy ortopedia pozawalają na pracę w kilku szpitalach.

Przejdźmy do tematu finansów, który z pewnością interesuje moich czytelników. Zapytam wprost: ile zarabia specjalista w Twojej przychodni?

Nie chcę się chwalić, więc nie zdradzę, ile ja zarabiam. Powiem jednak, że lekarz podstawowej opieki zdrowotnej zarabia u nas od 250 do 300 tysięcy dolarów rocznie. Jest to kwota przed opodatkowaniem. Zarobki chirurgów naczyniowych, neurochirurgów dochodzą w Stanach do miliona dolarów rocznie i więcej.

Ta informacja nie spodoba się naszym chirurgom. (śmiech) Jak jest rozliczana Twoja praca, godzinowo, ryczałtem?

Za każdą wizytę dostaję od 1 do 3 punktów  – ich ilość zależna jest od tego, czy pacjent jest nowy lub już go leczyłam, czy jego przypadek jest prosty lub skomplikowany. Rocznie zbieram 5600-6000 punktów. Ilość zależy też od tego, ile pracuję. Płacą mi od tych punktów. Tak jest u mnie, gdzie indziej może być inaczej. 

Czy w swojej pracy masz swobodę w leczeniu, decydowaniu, czy jesteś uzależniona od decyzji przełożonego? 

W Ameryce nie ma przełożonego. Jestem lekarzem i odpowiadam za to, co robię, swoją licencją. Jeżeli chcę zrobić drogie badanie, na przykład MRI, to czasami muszę porozmawiać z lekarzem, który pracuje dla ubezpieczyciela i dostać zgodę. Na przykład – jeśli chcę zrobić MRI kręgosłupa lędźwiowego, bo pacjent ma ból w plecach, to ubezpieczyciel zapyta, czy próbowałam zastosować konwencjonalną terapię przez 6 tygodni, czyli środki przeciwbólowe i fizykoterapię. Jeżeli spełniłam te warunki, to od razu dostaję zgodę. Jeśli pacjent ma objawy niepokojące, jak podejrzenie nowotworu, nietrzymanie moczu, to muszę zadzwonić i dostaję pozwolenie od razu.

Są pewne ograniczenia, ale dotyczą one kwestii ekonomicznych.

Ile czasu poświęcasz na pracę, jaki jest Twój wymiar czasu pracy? 

Pracuję od 8:30 do 17, z godzinną przerwą na lunch, cztery dni w tygodniu. W środy przez 2-3 godziny wykonuję zdalnie z domu pracę administracyjną. Czasem mam pod telefonem dyżur w szpitalu.

Większość lekarzy pracuje w systemie 4 i pół dnia. W ciągu roku biorę 4 tygodnie urlopu. Niektórzy lekarze biorą 6 tygodni. Ja jem, co upoluję, (śmiech) więc kiedy mam więcej urlopu, to mniej pieniędzy.

To niewiele w porównaniu do wymiaru pracy naszych lekarzy. Czy masz obowiązek aktualizować swoją wiedzę? 

Mam obowiązek odbycia 50 godzin szkoleniowych w ciągu 3 lat. Dodatkowo co 10 lat odnawiam egzaminy specjalizacyjne. Zdaję 2 egzaminy: z interny i z reumatologii. Na szkolenia jeżdżę co 2-3 lata.

Szkolenia są dofinansowane. Mam przyznaną roczną kwotę od pracodawcy, którą mogę wydać na szkolenia, książki. Jest to od 2 do 5 tysięcy dolarów. W tym roku kupiłam książki i zapłaciłam za egzamin, który muszę odnowić, bo akurat przypadał termin. 

Teraz jestem zatrudniona przez dużą korporację – Wake Forest Baptist Health i jak dotąd jest to najlepsze miejsce, w którym pracowałam. Płacą najlepiej, korporacja załatwia wszystko. Nie muszę się o nic martwic.

Dlaczego odnawiasz egzamin specjalizacyjny co 10 lat? Czy możesz stracić prawo wykonywania zawodu, jeśli nie zdasz egzaminów?

Nie tracę licencji. To bardziej sprawa prestiżowa. Jeśli nie odnowię egzaminów, to nie mam certyfikatu, a ten certyfikat jest prestiżowy. Lekarze z certyfikatem są chętniej zatrudniani. Sześć miesięcy zajmuje mi przygotowanie się do odnowienia egzaminów specjalizacyjnych. Wkładam w to sporo wysiłku, ale wówczas mam certyfikat i jestem na bieżąco z aktualną wiedzą medyczną. 

Statystyki podają, że USA są najbardziej dotkniętym epidemią krajem na świecie: zarówno pod względem liczby zgonów, jak i liczby wykrytych przypadków SARS-CoV-2. Na zakończenie zapytam, jak radzicie sobie z drugą falą pandemii? 

Raczej słabo. Jesteśmy w trakcie kampanii wyborczej. Teraz cała uwaga skierowana jest na wybory prezydenckie. Restrykcje i ograniczenia zostaną wprowadzone po wyborach. Dziennie przyjmuję około 20 pacjentów. Połowa z nich mówi mi, że ktoś z rodziny jest chory lub chorował i umarł. Wiosną nie było tylu przypadków. Wtedy raz w tygodniu przychodził pacjent z taką wiadomością. Oswoiliśmy się trochę z pandemią i nie jesteśmy tak ostrożni, jak byliśmy na początku.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Przeczytaj, Lekarze za granicą – polski lekarz w Niemczech.

Może zainteresuje Cię czy możesz leczyć, wykraczając poza zakres swojej specjalizacji

0 komentarzy

    Skomentuj