Wywiady

Lekarze za granicą – polski lekarz w Niemczech

W dzisiejszym poście porozmawiam z Darkiem Rauerem, lekarzem, który z różnych przyczyn i wyborów postanowił porzucić swoje życie zawodowe w Polsce. Dlaczego podjął taką decyzję, co nim kierowało i co chciał osiągnąć? Jakie konsekwencje pociągnęły za sobą te zmiany? Posłuchaj i zobacz, jak wygląda praca polskiego lekarza za naszą zachodnią granicą.
Przepracowałeś 30 lat w zawodzie lekarza. To kawał czasu i tak się akurat złożyło, że z tego 15 lat Polsce i 15 lat w Niemczech.

Tak, pracuję od 1991 roku, a do Niemiec wyjechałem po 15 latach pracy. Wyjeżdżając, zostawiłem rodzinę, dom, ordynaturę… (śmiech)

Czekaj, czekaj, wróćmy do początków Twojej pracy. Dlaczego wybrałeś anestezjologię?

Nie planowałem zostać anestezjologiem. O tym, jak to często w życiu bywa, zadecydował przypadek. Przed studiami marzyła mi się pediatria. Kiedy skończyłem studia, wyjechałem do Sławna, bo tam potrzebny był pediatra. Dostałem pracę na oddziale dziecięcym i służbowe mieszkanie. Tamtejszy szpital miał braki kadrowe. Przyszło nas do pracy 10 młodych lekarzy. Jednak na stażu z pediatrii specyficzny szef i pewnego rodzaju monotonia skutecznie obrzydziły mi tę specjalizację. Jednocześnie z bardzo dobrym przyjęciem spotkałem się na chirurgii i anestezjologii. Tam się działo! (śmiech) Akcja, adrenalina, fajni ludzie, do tego prestiż – młody doktor, a wszyscy się z nim liczyli – i tak zostałem anestezjologiem.

Dlaczego podjąłeś decyzję o emigracji?

Był rok 2007. Od 7 lat byłem ordynatorem oddziału anestezjologii i intensywnej terapii. Mierzyłem się ze wszystkimi aktualnymi bolączkami: brakami kadrowymi, sprzętowymi, niepewnością istnienia szpitala, koniecznością stałego kombinowania w procedurach i brakiem stabilizacji.

Nie mogłem spokojnie patrzeć w przyszłość. Miałem kredyt na dom, a wypłaty przychodziły z 2-3-miesięcznym opóźnieniem. W banku nikogo to nie interesowało. Nieustająca walka o leki i mało ludzi do pracy. Musiałem brać po 12 i więcej dyżurów w miesiącu. Do tego dochodziła niepewność, czy NFZ podpisze umowę ze szpitalem. Mijał grudzień, a nasza placówka nie miała zakontraktowanych świadczeń na nowy rok. Nie wiedziałem, czy szpital będzie dalej istniał, czy zostanie zlikwidowany i co się stanie z nami lekarzami i pozostałym personelem.

Ogromna niestabilność powodowała, że ludzie zaczęli odchodzić. W końcu zostaliśmy na oddziale we dwóch. Kolega poszedł na zwolnienie lekarskie i zostałem sam. Nie wychodziłem wtedy przez 10 kolejnych dni ze szpitala, czekając na zmiennika. Prosiłem lekarzy z innych ośrodków o pomoc, żeby wzięli chociaż pojedynczy dyżur. Organizacyjnie to było wykańczające.

Wtedy przelała się czara goryczy.

W tym czasie mój bliski kolega anestezjolog pracował od roku w Niemczech i bardzo namawiał mnie na wyjazd. Opowiadał bez koloryzowania, jak tam naprawdę jest. Jak wygląda organizacja pracy, zarobki, czego mogę się spodziewać i na co mogę liczyć jako lekarz za granicą. Postanowiłem wyjechać. Zgłosiłem się do firmy rekrutujących lekarzy do pracy w Niemczech.

Przeczytaj także: Fakty i mity o pracy polskiego lekarza w USA

Jak przebiegała rekrutacja i gdzie się zatrudniłeś?

Od firmy pośredniczącej w zatrudnieniu otrzymałem propozycję pracy w różnych szpitalach: większych i mniejszych. Moimi warunkami była niewielka odległość od polskiej granicy i aby inni Polacy pracowali w szpitalu. Z przedstawionych propozycji wybrałem 5 ośrodków. Do każdego z nich pojechałem na rozmowę i ostatecznie wybrałem Eisenhüttenstadt. Był to szpital miejski o podobnym profilu co ten, w którym pracowałem w Sławnie. Na oddziale anestezjologii, intensywnej terapii i medycyny ratunkowej, gdzie się zatrudniłem, pracował Polak. Na innych oddziałach było sporo obcokrajowców. Zarówno szef, jak i przyszli współpracownicy zrobili na mnie dobre wrażenie. Oddział był na wysokim poziomie, a sprzęt przyprawiał o szybsze bicie serca. I tak zostałem tu do dziś.

Jaki wyglądały początki Twojej pracy na obczyźnie, z czym się musiałeś zmierzyć jako lekarz za granicą?

Zawodowo nic mnie nie zaskoczyło. Mimo słabej znajomości języka potrafiłem wszystko ogarnąć. W anestezjologii nie trzeba za dużo gadać. Jak mówił mój kolega, nie po to szedłem na anestezjologię, żeby z pacjentami rozmawiać… (śmiech).

Jeżeli chodzi o znieczulenia, to robiłem wszystko to, co niemieccy koledzy, a nawet w Sławnie na co dzień robiłem trochę więcej. Nie miałem żadnego problemu technicznego.

Wszystko było na swoim miejscu, logiczne, zaplanowane, poukładane. Dobrze zorganizowany szpital jako całość, a w szczególności mój oddział. Było wszystko, czego potrzebowałem, program komputerowy, z którego korzystałem na terenie całego szpitala. Blok operacyjny sprzętowo i organizacyjnie na miarę XXI wieku: sale czyste, brudne, śluzy. Także to, co teraz normalnie wydaje się rzeczą zwykłą, przebieralnie: a tam ubrania w różnych rozmiarach i kolorach przypisanych do sal, prysznice, dezynfekcja niewysuszająca skóry, balsamy do rąk. Dostałem białe komplety lekarskie z identyfikatorami: fartuch, koszula, spodnie. Dla mnie organizacyjnie kosmos na tamte czasy.

Zaopatrzenie w sprzęt było na bardzo wysokim poziomie. Wszystko było zunifikowane, wszędzie praktycznie identyczne wyposażenie i ułożenie sprzętu. Na salach takie same aparaty, monitory i respiratory, co ułatwiało pracę. U nas, w kraju, w tym czasie, jeden aparat był taki a drugi inny i miały poprzekładane przepływomierze. Przez taką sytuację w Polsce doszło kiedyś do błędu. Zamiast tlenu podano dziecku 100% podtlenek azotu i nastąpił zgon.

W pracy miałem spokój. Z góry wiedziałem, ile godzin będę pracować, ile mam dyżurów. Po operacji stawu biodrowego mogłem wziąć L4 bez wyrzutów sumienia. Organizacja pracy była na dużo wyższym poziomie.

Firma rekrutująca wszystko przygotowała. Jeden dzień i miałem konto w banku, meldunek, ubezpieczenie, załatwione formalności w izbie lekarskiej. Wszystko podane na tacy, tylko podpisywałem dokumenty.

Zarobki były 2-3-krotnie większe niż w Polsce za mniejszą liczbę godzin pracy. Teraz to wydaje się trochę dziwne, ale w 2007 roku nie miałem pewności, czy zawodowo dożyję takich czasów w Polsce.

Mówisz za mniejszą liczbę godzin, czyli konkretnie ile pracowałeś?

Mam 40-godzinny tydzień pracy, pracuję na stanowisku Oberarzt. Za zgodą pracownika tydzień może być przedłużony w umowie do 64 godzin. Po każdym dyżurze jest obligatoryjnie dzień wolny i to jest przestrzegane. Rzadko się zdarza, że zostaję na 2-3 godziny po dyżurze i tylko wtedy, gdy dyżur był spokojny. Dyżury nie są obowiązkowe, chyba że wystąpią potrzeby personalne lub jeżeli zgodziliśmy się na nie w umowie.

Bardzo ważny jest urlop, który jest rygorystycznie przestrzegany. Będąc lekarzem za granicą, mam 32 dni urlopu, w tym 2 dni za pracę nocną. Rodzice mają pierwszeństwo wzięcia urlopu w wakacje i ferie. Pracodawca może zorganizować pracę np. na 3 zmiany po 8 godzin albo 2 zmiany po12 godzin. Zależy to od specyfiki oddziału i szefa. Ja pracuję w systemie 24-godzinnym. Warunki pracy i płacy są tam dalej bardzo dobre, szczególnie dla specjalistów. Prestiż zawodu lekarza za granicą jest bardzo duży.

Nie miałeś żadnych trudności, z niczym nie było pod górkę?

Słabo sobie radziłem z językiem. Wyjechałem ze znajomością niemieckiego na poziomie licealnym. Przed wyjazdem odbyłem 2 dwutygodniowe kursy językowe. Bałem się wpadki językowej, stresowało mnie odbieranie telefonów. Gdybym miał jeszcze raz wyjeżdżać, to więcej czasu poświeciłbym na komunikatywną naukę niemieckiego.

Po 2 miesiącach mojego pobytu dojechała żona z córką. Ada chodziła do podstawówki i miała problem z aklimatyzacją w niemieckiej szkole. Problem był na tyle duży, że nie chciała chodzić do szkoły, mimo pomocy ze strony uczniów i grona pedagogicznego. Bała się szkoły, bała się następnego dnia i nie chciała zasypiać. Przeżywała stres, a my razem z nią.

Jak rozwiązaliście ten problem?

Rozmawialiśmy z psychologiem. Zastanawialiśmy się, i był to duży znak zapytania, czy to przetrzymać, czy odpuścić i wracać. Zdecydowaliśmy, że Ada wróci do Sławna, gdzie dokończy rok szkolny pod opieką naszej drugiej, dorosłej córki. Potem Ada przyjechała ponownie za rok i rozpoczęła naukę w międzynarodowym gimnazjum. Uczyło się tam sporo dzieci z różnych stron świata. Była międzynarodowa kadra nauczycielska, także pedagodzy z Polski. W związku z tym Ada nie czuła presji „tej jedynej”, która pochodzi z innego kraju. I wtedy było już dobrze.

Jak przyjęli Cię niemieccy lekarze, jakie było nastawienie zespołu?

Potrzebowali człowieka do pracy i nastawieni byli bardzo pozytywnie. Na moim oddziale pracował Polak anestezjolog, młodszy ode mnie. Miał się mną zaopiekować na początek i wprowadzić we wszystkie procedury. Omówił ze mną standardy postępowania, na co zwracać uwagę.

Między lekarzami chirurgami a anestezjologami był wzajemny szacunek. Tak jest do tej pory. Nawet jeżeli jest coś na rzeczy, to poprawność niemiecka nie pozwala na jawne dąsy. Każdy ugryzie się w język, zanim coś powie.

Atmosfera w pracy jest przyjazna. Od początku traktowany byłem jak koledzy z Niemiec. Przez cały okres nie zdarzyły się żadne przykre incydenty. Pracodawca na równi traktuje lekarzy cudzoziemców – takie same obowiązki, pieniądze, zresztą zgodnie z tabelami płac. Byłem zapraszany do kolegów niemieckich, na oddziałowe imprezy. Będąc lekarzem za granicą miałem trochę szczęścia w tym wszystkim, jeżeli chodzi o ludzi.

Negatywnie natomiast oceniam sytuację, kiedy osoby odpowiedzialne za zatrudnienie pozwalają odejść dobrym pracownikom. Nie walczą o nich mimo dużych braków kadrowych.

Jakie inne konsekwencje pociągnęło za sobą porzucenie dotychczasowego życia?

Sielanki nie było… (śmiech). Miałem dobrą pracę, spełniałem się zawodowo. Moja żona, Ania, bez znajomości niemieckiego nie mogła znaleźć w Niemczech pracy. Frustrowała się, nie realizując się zawodowo. Siedzenie w domu nie było dla niej satysfakcjonujące. Miała problem ze znalezieniem zatrudnienia w związku z dużym bezrobociem w okolicy. Szukając pracy za wszelką cenę, dostała propozycję w Sławnie. Ania skorzystała z tej oferty i wyjechała. Wróciła do Sławna, a ja zostałem z córką sam. Nasze życie na dwa domy trwało jakieś 5 lat. Jeździliśmy do siebie w weekendy. Nie każdy by to przetrzymał. Na dłuższą metę takie życie jest chyba niemożliwe. Szukając rozwiązania – złotego środka – podjęliśmy decyzję o kupnie domu po polskiej stronie granicy. Po to, by Ania mogła pracować w Polsce, a ja dalej po niemieckiej. Wszystko się ułożyło. Jesteśmy teraz razem, Ania pracuje w Polsce, a ja dojeżdżam do pracy do niemieckiego szpitala.

Czy jeszcze gdzieś pracujesz, czy szpital jest Twoim jedynym miejscem pracy?

Anestezjolodzy zatrudnieni są najczęściej na stałe w jednym miejscu. Szpital jest moim jedynym miejscem pracy w Niemczech. Chirurdzy mają, ale to głównie szefowie, prywatną praktykę i jednocześnie pracują w szpitalu. Czasem chirurdzy posiadający prywatną praktykę ambulatoryjną mają swój dzień operacyjny w szpitalu. U nas na przykład pracuje chirurg naczyniowy. Zarabia wtedy lekarz i szpital. Interniści raczej pracują w jednym miejscu. Nie słyszałem, żeby kierowali do szpitala i potem nadzorowali leczenie w szpitalu.

Osobną grupą są lekarze niemający nigdzie stałego zatrudnienia. W Niemczech funkcjonuje firma, która zrzesza medyków różnych specjalizacji. Do niej zgłaszają się szpitale poszukujące lekarzy do pracy na krótkie okresy: dyżury, na czas urlopu czy choroby swojego etatowego pracownika.

Jak ci lekarze funkcjonują bez stałego miejsca zatrudnienia?

Można stale tak żyć i dobrze organizować sobie pracę z dużym wyprzedzeniem. W ten sposób funkcjonuje spora grupa lekarzy. Niektórzy tak lubią… (śmiech).

Nie mają szefa, nie wnikają w układy na oddziale, kończą pracę, zamykają drzwi i wyjeżdżają. Następnego dnia są w pracy w innym miejscu. Lekarze z tzw. giełdy dostają wynagrodzenie brutto i sami opłacają ubezpieczenie, podatek, itp. Jeśli szpitalowi zależy na pracowniku, to zapewnia mu dodatkowo mieszkanie i ubezpieczenie. Po zarejestrowaniu w firmie Gastarzt (lekarz-gość) dostaje maile z propozycjami, które firma rozsyła do wielu osób. Kto pierwszy odpowie, ten blokuje miejsce. Tak pracuje wielu medyków zatrudnionych w Niemczech, zarówno Niemców, jak i cudzoziemców.

Jaki stosunek mają pacjenci do lekarzy i personelu pomocniczego?

Pacjenci są cierpliwi, spokojniejsi, mają większy szacunek dla lekarzy i personelu. Zawód lekarza w Niemczech ma duży prestiż, a więc odczuwalne jest większe zaufanie do tego, co robimy i mówimy. Ale też forma prowadzonej rozmowy jest partnerska. Decyzja o znieczuleniu zawsze należy w ostateczności do pacjenta.

Skoro pacjent decyduje o metodzie znieczulenia, to czy potrzebna jest jego zgoda na zabieg?

Praktycznie na każdą inwazyjną procedurę potrzebna jest zgoda, chyba że pacjent przyjeżdża z wypadku. Jeśli chory jest nieprzytomny i nie ma ustalonego pełnomocnika, to zgodę trzeba uzyskać sądownie. W sprawach pilnych sędzia przychodzi jeszcze tego samego dnia i wydaje zgodę. Pełnomocnicy wyrażają zgodę telefonicznie bądź faksem.

Telefonicznie…?

Tak, uzyskujemy zgodę przez telefon. Tak jak wspomniałem wcześniej, lekarzy darzy się większym zaufaniem. Dążymy za wszelką cenę, żeby ta zgoda była i żeby ją potem potwierdzić pisemnie. Wszystko musimy następnie szczegółowo odnotować w dokumentacji medycznej.

Mnie jako prawnika interesuje proces odbierania zgody – kto i kiedy informuje pacjenta i czy zgody są szczegółowe?

Zgody są bardziej szczegółowe niż w Polsce. Przed zabiegami planowanymi zgoda musi być podpisana przez pacjenta lub osobę upoważnioną na 24 godziny przed jego rozpoczęciem. Oddzielna jest zgoda anestezjologiczna i chirurgiczna. Jeżeli pacjent jest pod wpływem leków, to wtedy jego oświadczenie w świetle prawa jest nieważne. Ma prawo odmówić. Przed każdym zabiegiem musi się odbyć rozmowa. Chorego informuje lekarz prowadzący przygotowujący do znieczulenia lub lekarz dyżurny i to bardzo szczegółowo.

Pacjent obowiązkowo wypełnia ankietę pod kątem medycznym. Odpowiada na pytania o leki, przebyte choroby, operacje, używki. Ankiety są bardzo obszerne, liczą po kilka stron. W formularzu zgody są wyjaśnione i opisane wszelkie procedury, łącznie z rysunkami oraz możliwością wystąpienia powikłań. W zgodzie anestezjologicznej opisane są wszystkie rodzaje znieczulenia, na czym polegają. Ankieta jest uniwersalna, opisana jest technika, czyli jak się znieczulenie wykonuje.

Potem następuje rozmowa z lekarzem, który dodatkowo objaśnia wszystko, odpowiada na pytania, wyjaśnia wątpliwości. My dodatkowo jeszcze dopisujemy ręcznie pewne kwestie, które były już wyjaśnione w tekście. Tak na wszelki wypadek. Takie mamy zalecenia, gdyby pacjent czegoś nie doczytał albo lekarz nie wytłumaczył.

Tutaj to pacjent ma ostatnie słowo odnośnie znieczulenia, mimo że wydaje się nam, że to gorsza metoda. Na koniec rozmowy zawsze pada pytanie, czy chory zgadza się na konkretny rodzaj znieczulenia. Czasem pacjent wybiera inny rodzaj niż ten, który mu się zaleca. Na koniec zawarta jest formuła, że pacjent wyraża świadomą zgodę na znieczulenie. Formularz podpisuje i pacjent, i lekarz.

Czy pacjenci są roszczeniowi?

Według mojej wiedzy w naszym szpitalu nie było roszczeń. Przez 15 lat pracy nie słyszałem o roszczeniach pacjentów. O tym się nie mówi, nie nadaje się rozgłosu. Nawet jeżeli były jakieś roszczenia, to mogę nie wiedzieć. Poza jednym przypadkiem, gdy szpital pokrył koszty stomatologa, bo podczas intubacji złamał się ząb. Czasami zdarzają się skargi.

Mówiłeś, że dzwonicie do pełnomocnika pacjenta. Opowiedz nam trochę o tych pełnomocnictwach, bo u nas instytucja pełnomocnika medycznego dopiero raczkuje.

Powszechne jest, że starsi pacjenci mają przy sobie pełnomocnictwa pisemne bądź notarialne. W nich zawarte jest nie tylko, kto jest pełnomocnikiem, ale znajdują się dyspozycje odnośnie terapii. Na przykład w przypadku choroby źle rokującej, chorzy nie chcą, aby przeprowadzać czynności ratujące życie. Zastrzegają, że nie życzą sobie dializy, mechanicznej wentylacji, sztucznego karmienia, wprowadzania w śpiączkę czy intensywnej terapii. Proszą tylko o działanie przeciwbólowe. Wówczas nie reanimujemy takich chorych, postępujemy zgodnie z ich dyspozycją. Mają wtedy zapewniony spokój i sedację.

Z tego co mówisz, wnioskuję, że oświadczenia pro futuro, zwane testamentem życia, są w Niemczech dosyć popularne. W Polsce deklaracje na przyszłość nie są prawnie uregulowane. Wywołują dylematy prawno-medyczne i bardzo rzadko pacjenci mają je przygotowane.

W Niemczech spora część pacjentów starszych, schorowanych ma takie instrukcje. Nie spotkałem się natomiast, żeby mieli je młodzi ludzie. Zawsze sprawdzamy oświadczenie i jego treść. Czasem rodzina ma pretensje, że pacjent miał oświadczenie i był reanimowany, a czasami jest oświadczenie, a rodzina naciska, żeby prowadzić terapię. Są rodziny, które nie pozwalają na spokojną i godną śmierć. Z mojego doświadczenia wynika, że najwięcej do powiedzenia mają osoby, które były daleko od chorego, nie zajmowały się nim, nie kontaktowały się z nim przez wiele lat.

O oświadczeniach pro futuro więcej pisałam w Oświadczenia pro futuro – dylemat prawa i medycyny

Czyja wola jest wtedy ważniejsza: rodziny czy pacjenta?

Ważniejsza jest wola chorego. Jeżeli jest oświadczenie, to jest ono wiążące. Rozmawiamy wtedy z rodziną. Rozmowę prowadzi z reguły szef, przedstawia fakty i przekonuje rodzinę, żeby uszanować wolę chorego. Jeżeli prognozowanie jest złe, eskalując leczenie, można przejść w uporczywą terapię. Nie jestem jej zwolennikiem i dziwię się, jak słyszę argumenty, że zaprzestanie takiej terapii jest niezgodne z prawem do życia. Natomiast w ocenie osób postronnych często jest utożsamiane z eutanazją. Niektórzy uważają, że jeżeli nie leczysz za wszelką cenę, to nie pomagasz.

Ja bym powiedziała, że w takich wypadkach raczej nie przeszkadzasz. Eutanazja jest czymś zupełnie innym, to odebranie komuś życia na jego świadomą prośbę, z litości. Nie można mówić o eutanazji w odniesieniu do człowieka, który jest nieświadomy, co się z nim dzieje.

Zawsze znajdą się tacy, co powiedzą, że powinieneś różnymi metodami za wszelką cenę ratować życie ludzkie. Jeżeli tego nie robisz, to jak gdyby pomagasz w zejściu. To są dylematy etyczne. Łatwiej, wydaje mi się, przeprowadzić takie rozmowy i pacjenci, i ich rodziny lepiej przyjmują argumenty w Niemczech. Jeżeli się wytłumaczy, że zaprzestanie uporczywej terapii jest formą zapewnienia godnej i nieuniknionej śmierci, to rozumieją. Wiąże się to z większym zaufaniem do lekarzy prowadzących i służby zdrowia w ogóle.

No cóż, na zakończenie życzę nam wszystkim, żeby testamenty życia doczekały się prawnej regulacji.
Dziękuję Ci za przyjęcie zaproszenia do rozmowy i podzielenia się swoją historią.

0 komentarzy

    Skomentuj